– Weles – wykładowczyni mówiła zapewne tak głośno, jak tylko mogła, a i tak w wielkiej auli wychodziło to zbyt cicho – był nie tylko panem Nawii, ale przede wszystkim pierwszym i najpotężniejszym magiem. Często utożsamiany jest z synkretycznym bóstwem hellenistyczno-egipskim Hermesem Trismegistosem, od którego wywodzony jest hermetyzm, do dziś uważany za jedną z najważniejszych w historii ludzkości odmian czarostwa. Ale najpotężniejszym bogiem w rodzimym panteonie jest Świętowit…
Dalia słuchała wykładu, ale prawie go nie słyszała. W rękach cały czas obracała niewielką seledynową kopertę. Wczoraj ktoś zostawił ją w skrzynce pocztowej Arii – klubokawiarni, której była właścicielką i zarazem jednym z dwóch pracowników. Koperta zaadresowana była do niej. W środku znalazła zaś pomiętą karteczkę z jednym zdaniem. „Antykwariat na Brackiej”. I mały przedmiot, którego nie potrafiła zidentyfikować.
Okrąg wykonany w całości z suszonych ziół, kwiatów i gałązek przeplecionych srebrnymi nićmi. Tak wyglądał na pierwszy rzut oka, ale gdy spróbowała oderwać jeden z kwiatów, nie udało jej się to, bo w dotyku jego struktura bardziej przypominała stal niż materiał organiczny. Spędziła wczoraj cały wieczór, przeglądając swoje książkowe zbiory i próbując znaleźć w nich opis albo rysunek czegoś, co choćby z grubsza przypominało ten przedmiot. Nie znalazła jednak absolutnie nic. W pierwszej chwili, gdy go otrzymała, jej myśli poszybowały w stronę brata. Szybko jednak zmieniła zdanie. Branko nie miał w zwyczaju wynosić z katedry archeologii znalezisk, a jeśli jakimś cudem wpadłby na taki pomysł, to nie wygłupiałby się, tylko napisał, po co to wysyła. Zbyt wiele czasu i pracy włożył w swój doktorat, aby rujnować sobie karierę oskarżeniami o kradzież. Z drugiej strony ten przedmiot rzeczywiście wyglądał jak coś, co Bran mógłby wykopać na jednym ze stanowisk.
Chciała z nim o tym porozmawiać, ale nie widziała go już od kilku dni i zaczynała się poważnie martwić. Wcześniej zdarzało mu się znikać i pojawiać się po jakimś czasie, ale zawsze się odzywał. SMS, telefon albo choćby głupi sygnał jednoznacznie wskazujący nadawcę. Raz nawet zamiast wiadomości przysłał jej po prostu zakupy, które miał tego dnia zrobić. Teraz na morzu nastała zupełna cisza.
Nie to, że rozliczali się wzajemnie z czasu spędzanego osobno, w końcu byli rodzeństwem, a nie małżeństwem. Coś jej jednak intuicyjnie nie grało. Zwłaszcza że od kilku tygodni Bran zachowywał się, jakby ktoś mu zresetował umysł i zaprogramował go od nowa. Zawsze bardzo mocno stąpał po ziemi i mogła liczyć na niego jak na zegar atomowy. To dzięki niemu prowadziła Arię, a nie pracowała w call center którejś z warszawskich korporacji. Gdy przyszedł moment decyzji, bez wahania wziął na siebie połowę ryzyka finansowego, choć nie miał gwarancji, że Aria okaże się sukcesem. Pomagał też Dalii w sprawach codziennych. Obowiązki w domu, o ile nie wyjeżdżał, zawsze dzielili na pół. Ale w ostatnich trzech tygodniach została z rozwalającym się żoliborskim mieszkaniem ciotki sama. Bo Bran albo zapomniał czegoś zrobić, albo zrobił to tak, że musiała poprawiać. Przez większość czasu chodził zamyślony, jakby tu i teraz go nie dotyczyło. W dodatku irytował się najmniejszymi drobnostkami, co w ogóle nie było w jego stylu. Bran nie był małostkowy, a irytację zazwyczaj zachowywał dla siebie.
Miała kilka teorii, w tym taką, że jej wiecznie zapracowany brat w końcu sobie kogoś znalazł. Nie przywiązywała się jednak do niej zbytnio. Nieraz widziała go w akcji z kobietami i owszem, bywało, że zachowywał się wtedy irracjonalnie, ale nigdy nie wpływało to na ich relację. Do tej pory to właśnie Dalia była pierwszą osobą, której przedstawiał kandydatki na przyszłe panie Abaris. Podobnie jak jemu zdarzało się wchodzić w rolę starszego brata i odganiać facetów, którzy nie rozumieli, co się do nich mówi. Przytrafiały im się sprzeczki, ale nigdy poważne. W ostatnią niedzielę po raz pierwszy skoczyli sobie do gardła. I po raz pierwszy Dalia uznała, że może czas zamieszkać osobno. Podzieliła się z Branem tym przemyśleniem, kiedy oboje wystarczająco ochłonęli, czym w końcu zaskarbiła sobie jego uwagę. Przeprosił i wspomniał coś o jakimś ważnym projekcie. Tego wieczoru wszystko na chwilę wróciło do normy. Oglądali wspólnie film i jedli bardzo późną kolację, na którą składały się w większości mało zdrowe rzeczy.
Rano, gdy się obudziła, Brana już nie było. Dzisiaj mijał piątek i zarazem piąty dzień, kiedy nie miała od niego żadnych wieści. Nie licząc dziwnie wibrującego w jej dłoni artefaktu, który z dużym prawdopodobieństwem wysłał nie on, tylko jakiś dowcipny klient Arii. Niepokój o Brana powoli, ale skutecznie, przesłaniał jej wszystkie inne sfery życia.
Na ten wykład przyszła w nadziei, że czegoś się dowie, bo wykładowczyni znała Brana bardzo dobrze. Kiedyś nawet się spotykali, ale doszli do wniosku, że seks i praca nie idą w parze. Nadal jednak pozostawali przyjaciółmi – i jeśli ktoś mógł coś wiedzieć o pracy Brana, to właśnie ona.
– Według legend każde ze słowiańskich bóstw posiada swój własny artefakt, z którym jest nierozerwalnie związane. Choć na razie teza ta opiera się tylko na podaniach i wierzeniach, bo badacze nie znaleźli na to dowodów materialnych. Do tej pory odkryto niewiele źródeł dotyczących zarówno mitologii słowiańskiej, jak i dawnych wierzeń. Nie oznacza to jednak, że w ogóle ich nie ma. – Przerwała na chwilę i napiła się wody. – Słowianom, tak jak innym ludom przedchrześcijańskim, bliska była religia naturalna. Dawne kulty miały sporo cech wspólnych niezależnie od tego, gdzie były wyznawane. Bardzo często pozostawały w ścisłym związku z przyrodą. Równie często też zawierały elementy magiczne. Bogowie słowiańscy mają swoje odpowiedniki w naturalnych procesach lub zjawiskach. Swarożyc: światło i słońce, Perun: błyskawica, Weles jest tożsamy z nocą i od niego pochodzi magia, czyli spoina świata, która zbudowana jest na żywiołach. O właśnie! I to jest kolejny mianownik religii naturalnych. Żywioły. Odwołania do nich znajdziecie w wielu źródłach, którymi posługujemy się przy badaniu kultów.
– Co pani ma na myśli, mówiąc o magii?
Dalia spojrzała w stronę chłopaka w okularach, który dołączył do dyskusji. Znała ten ton. Za każdym razem, kiedy padało słowo „zaklęcie” lub „magia”, w głosie osoby, która je wypowiadała, pobrzmiewała drwina przemieszana z nadzieją. Odwieczny konflikt pomiędzy rozumem a ludzką potrzebą wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Ona też go odczuwała. Od dziesięciu lat, czyli od swoich szesnastych urodzin, kiedy po raz pierwszy to poczuła. TO przez wielkie T. Rozedrganie, jakby każda komórka jej ciała zamierzała pójść w innym kierunku.
Znikąd pojawiały się wówczas migreny, przerwy w życiorysie i zjawiska, które – przynajmniej w teorii – nie powinny mieć miejsca. Najgorsze jednak były majaki na jawie, żywo przypominające wspomnienia, których nie rozpoznawała. Były one tak realistyczne, tak znajome, że często traciła granicę pomiędzy snem a jawą. Zupełnie jakby teoria światów równoległych uparła się, żeby na niej właśnie udowodnić swoją prawdziwość.
Ciotka, która wychowywała ją w zastępstwie rodziców, starała się pomóc, jak umiała. Do osiemnastych urodzin odwiedziły chyba wszystkich neurologów i psychiatrów, żaden jednak nie potrafił powiedzieć, co się z nią dzieje. Ci ostatni uparcie dawali jej leki, których przyjmowania równie uparcie odmawiała. Bran dosłownie prowadził ją przez te dwa lata szaleństwa za rękę. Aż w końcu, po wielu próbach i błędach, dotarła do sedna sprawy.
Emocje.
Emocje popychały ją w objęcia migreny i podsuwały obrazy oraz odczucia, których normalny człowiek mieć nie powinien. Każdy wybuch gniewu, każda histeria lub skrajne szczęście prowadziły ją wprost w objęcia szaleństwa. Tamtego dnia, w swoje osiemnaste urodziny, powiedziała „dość”. Zablokowała w sobie cały świat. Do perfekcji opanowała przyglądanie się z boku rzeczom, które usilnie pchały się na front. Trenowała. Rok. Drugi. Testowała swoje granice, naginała je do tej nowej rzeczywistości, w której chciała się zamknąć.
Aż w końcu wygrała. Smutek. Radość. Złość. Wszystko odeszło, została tylko pustka.
Jej najwierniejsza towarzyszka. Błoga nicość rzeczywistości przecinanej wydarzeniami, ale nie emocjami. Dalia miewała jeszcze ostre migreny, ale majaki nigdy już nie powróciły. I żywiła ogromną nadzieję, że tak pozostanie, bo po kolejnych dwóch latach podobnych do tamtych miałaby tylko dwie drogi: psychiatryk albo skok z mostu.
– Tu dochodzimy do sedna kolejnych zajęć.
Wykładowczyni zrobiła unik i dodała:
– Czym było czarostwo dawniej, czym jest teraz i jak interpretowane jest przez współczesnych badaczy Słowian.
Kobieta spojrzała na zegarek.
– Porozmawiamy o tym w przyszłym tygodniu, jak również o tym, czy teoria, że Mieszko był wikingiem, ma jakiekolwiek podstawy w nauce.
Z sali posypały się dalsze pytania, ale Dalia szybko zebrała swoje rzeczy i podeszła do wykładowczyni.
– Dzień dobry pani. Nazywam się Dalia Abaris. Jestem siostrą…
– Brana – dokończyła za nią kobieta – Pamiętam cię, spotkałyśmy się kilka lat temu na jego urodzinach. Nie mów do mnie „pani”, bo się staro czuję. Mam na imię Anna.
– Branko od kilku dni się nie odzywa. Pomyślałam, że może pani… że może coś wiesz.
Jej słowa przywitała cisza. Anna patrzyła chwilę na swoje notatki, a potem znowu przeniosła na nią wzrok.
– Dzwonił do mnie miesiąc temu i mówił o znalezisku, na które natknął się na Ślęży. Przyjechał tydzień później i pokazał mi, co znalazł. Szczerze mówiąc, niczego takiego do tej pory nie widziałam. Wysłaliśmy próbki do laboratorium, ale wyniki były co najmniej nieprzekonujące. Czasowo nie pasuje do miejsca, w którym przedmiot ten został znaleziony.
– To znaczy?
– To znaczy – podjęła Anna – że otoczenie wskazuje na czasy tuż przedchrześcijańskie, ale sam przedmiot jest znacznie, znaczenie starszy. I bardzo osobliwy. Materiał, z którego został wykonany, ma inną strukturę niż te, z którymi do tej pory się zetknęliśmy.
– I co się stało z tym przedmiotem?
Anna wzruszyła ramionami.
– To, co zwykle. Zrobiliśmy dokumentację, zabezpieczyliśmy i wpisaliśmy do uczelnianego rejestru. Miałam go wysłać do konserwatora, ale Bran poprosił, żebym się jeszcze wstrzymała. Chciał sprawdzić, czy czegoś nie pominęli na stanowisku. Dlatego właśnie planował wrócić na Ślężę. – Kobieta zamilkła, ale po chwili podjęła temat. – Kilka dni po tym, jak wyjechał, szukało go tutaj dwóch facetów. Szczerze mówiąc, przestraszyłam się trochę, bo nie wydawało mi się, żeby to byli jego znajomi. Zadzwoniłam od razu do Brana i powiedziałam mu o tym, rzecz jasna. Odpowiedział, żebym się nie martwiła, i w okrągłych słowach polecił mi pilnować własnego nosa.
Gdyby nie powód, dla którego Dalia tutaj przyszła, może nawet by się uśmiechnęła.
– Kiedy dokładnie z nim rozmawiałaś?
Anna zamyśliła się na chwilę.
– Tydzień temu – odpowiedziała. – Ostatni raz słyszałam go w piątek.
Dalia rozważyła w głowie różne opcje. Branko musiał wiedzieć, że Anna będzie pierwszą osobą, do której jego siostra przyjdzie po informacje. A jeśli wiedział, to pozostawało liczyć na to, że zdawał sobie sprawę z konsekwencji swojego działania.
Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej przesyłkę.
– Czy to ten przedmiot badaliście?
Reakcja Anny była natychmiastowa. Oczy rozszerzyły jej się ze zdziwienia, a ręka powędrowała w stronę znaleziska.
– Właśnie tak. Skąd, u licha, go masz?
– Ktoś go przysłał na adres Arii. Teraz już przynajmniej wiem, że to Bran. I że musi być gdzieś w Warszawie, bo na kopercie, w której to podrzucił, nie było stempla pocztowego.
Anna na chwilę ucichła, skupiając swoją uwagę jedynie na przedmiocie. Położyła go sobie na dłoni, jakby chciała go zważyć, a potem obróciła parę razy, przyglądając się jego strukturze.
Po kilku chwilach go zwróciła.
– Jeśli Bran ci to wysłał, to widocznie miał bardzo ważny powód. Najlepiej schowaj go aż do jego powrotu. Nie jest to oficjalna procedura i nie powinnam tego robić, ale… Bran zazwyczaj wie, co robi. – Wyjęła z torby telefon.
– Prześlę ci zaraz numer do drugiego archeologa, Piotra, z którym pracował na Ślęży. Może on powie ci więcej. – Szybko wystukała odpowiednią komendę w telefonie i po chwili w torebce Dalii rozbrzmiał dźwięk przychodzącej wiadomości.
– Dziękuję, bardzo mi pomogłaś.
Anna spojrzała na nią uważnie.
– Mam prośbę. Jak go znajdziesz, powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił, dobrze? Nie wiem, jak długo zdołam ukryć przed władzami uczelni, że znalezisko zaginęło.
Dalia pożegnała się, zarzuciła torbę na ramię i wyszła z sali. W głowie miała kompletny chaos. Nic nie składało się w całość, a wręcz wydawało się, że z minuty na minutę wszystko coraz bardziej się rozjeżdża. Powinna odczuć ulgę, że Branko wrócił do Warszawy, ale jej nie odczuwała. Co on sobie myślał? Że wyśle jej coś i wszystko będzie w porządku? W dodatku coś, co ukradł? I po co w ogóle chciał, żeby miała ten artefakt? Dlaczego, do cholery, nie wręczył jej go osobiście, tylko zostawił w Arii? Nie mógł napisać normalnego listu?
Zeszła na parter do głównego hallu i wyciągnęła z szatni swój płaszcz. A potem wyjęła telefon i przejrzała wiadomości. Kilka SMS-ów od dostawców i kilka à propos dzisiejszego wieczoru… i ani jednego słowa od Brana.
Wybrała jego numer i czekała cierpliwie, ale nie odebrał. W końcu włączyła się poczta głosowa. Dalia rozłączyła się, nie widząc sensu w nagrywaniu kolejnej wiadomości. Wyszukała w SMS-ach numer do kolegi Brana, który dała jej Anna, zapisała go w pamięci telefonu i spróbowała raz jeszcze. Kolejne pudło. Brak odpowiedzi.
Żałowała, że nie ma jej kto zastąpić w Arii, bo najchętniej drążyłaby dalej i poszła za ciosem do antykwariatu na Brackiej. Nie było jednak takiej możliwości. Piotrek, jej asystent, miał dzisiaj wolne, a z rana w pracy zastępowała ją w drodze wyjątku jej przyjaciółka Paulina.
Dalia roztarła skronie. Najwyraźniej Bran tymi wszystkimi zagadkami chciał doprowadzić ją do szału. Gdyby nie milczał jak zaklęty od kilku dni, byłaby na niego nieźle wkurzona.
Zrezygnowana wrzuciła telefon z powrotem do torby i wyszła na zewnątrz.
☾
Teowoj leżał płasko na dachu jednej z przedwojennych kamienic przy Wilczej i obserwował mężczyznę, który bez wątpienia był martyrem Przymierza. Westchnął. Ta pieprzona walka o przetrwanie nigdy nie dawała o sobie zapomnieć – nawet jeśli teoretycznie nic mu nie groziło, bo klątwa w tej inkarnacji nie wchodziła w moc. Problem tkwił w tym, że martyra również nie powinno tu być. A jednak szedł sobie spokojnie w samym centrum Warszawy, nie próbując się nawet ukrywać. Coś się zmieniało, a Teowoj, choć świadomy tej zmiany, nie mógł uchwycić jej istoty. Zrobił telefonem parę ostatnich zdjęć, zanim martyr skręcił w Marszałkowską i zniknął mu z oczu. Natychmiast wysłał je do Dobrowoja. A potem powoli przesunął się w stronę okna dachowego. Zamknął je szczelnie za sobą i rozejrzał się po mieszkaniu, upewniając się, że nie zostawia żadnych śladów. Rzadko włamywał się do domów, bo zazwyczaj wystarczały dachy, ale tym razem było to konieczne.
Gdy wychodził na klatkę, stare, choć odrestaurowane drzwi cicho jęknęły. Założył na głowę kaptur i nie zapalając światła, zbiegł po schodach. Wyszedł na ulicę.
Na dworze przywitała go wichura. Z pokrytego chmurami nieba biła delikatna poświata, preludium zbliżającej się śnieżycy. Temperatura musiała oscylować wokół zera, bo wydychane powietrze zamieniało się w obłok. Kolosalna zmiana. Jeszcze parę dni temu wystarczał jedynie podkoszulek. Teo zapiął kurtkę i włożył rękawice. W pobliżu nie było nikogo. Śródmieście spowijała senna mgła, typowa dla wczesnego jesiennego poranka. Zazwyczaj lubił się szwendać o tej porze po Warszawie, ale teraz z ulgą otworzył drzwi swojego czerwonego jeepa i usiadł za kierownicą.
Dopiero, gdy znalazł się poza zasięgiem wiatru, dotarło do niego, że coś się zmieniło również w jego ciele. Głowa lekko pulsowała i przeszywały go dreszcze, które wywołać mogła tylko rosnąca gorączka. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak się czuł. Chory. Zmęczony. Wyzuty z sił.
Na pewno nie w tym życiu.
Rozprostował palce na kierownicy, odpalił silnik i ogrzewanie, a potem ruszył w stronę swojego mokotowskiego apartamentu. Musiał zabrać stamtąd kilka rzeczy, bo nie planował do niego wracać przez kolejne dwa tygodnie. Aż do Przesilenia Światów∗.
Zastał tam dokładnie to, co zostawił. Brudne kieliszki w kuchennym zlewie i skotłowaną pościel. Pozostałości po nocy spędzonej z obcą kobietą, której nie miał ochoty już nigdy spotkać. Efekty okraszonego alkoholem wieczoru. W ogóle rzadko tu sypiał, właściwie tylko wtedy, kiedy kończył późno pracę i nie chciało mu się przedzierać na drugą stronę miasta, albo wtedy, kiedy potrzebował samotności. Dlatego mieszkanie wyglądało tak, jak wyglądało. W pełni urządzona była tylko kuchnia. Resztę umeblowania stanowiły łóżko, drewniana skrzynia, mała szafka i kilka pudeł.
Jeśli chodzi o kobiety, to zazwyczaj korzystał z ich łóżek i wychodził, gdy tylko skończył. Szybko, czysto, bez niedomówień. Nie miał zamiaru wikłać siebie i ich w sytuacje, z których nie miało prawa nic powstać. Ale tę, której imienia nawet nie pamiętał, nie tylko tu przyprowadził, ale pozwolił też jej zostać na noc… Zapłacił za to porannym kacem i sytuacją, z której żadne wyjście nie było dobre. Znowu. Bo o tym, że kilka tygodni temu przespał się z Senją, nie chciał nawet myśleć. I do tej pory zachodził w głowę, jak do tego doszło.
Jedyne usprawiedliwienie, jakie miał, to fakt, że zbliżał się pierwszy listopada, a z nim Przesilenie światów. W tym czasie nie potrafił być sam. I nie chodziło tylko o klątwę, która w tak brutalny sposób pozbawiała jego i innych Zaklinaczy życia. Chodziło o nią. O piątą sabatową wiedźmę. Nienawidził wcieleń, w których się pojawiała, a jednocześnie to właśnie ona stanowiła centrum jego wszechświata. Jedno krótkie życie z nią za trzy kolejne normalnej długości bez niej. W takim rachunku matematycznym obracał się, odkąd sięgała jego pamięć, czyli od czasów sprzed obecnej cywilizacji. Cierpliwie znosił wszystkie poranki dotkliwie przypominające pustkę, którą ta kobieta pozostawiała po sobie na kolejne trzysta pięćdziesiąt lat. Zabijał w myślach wspomnienia wszystkich spędzonych razem chwil, bo nienawidził przypominania sobie o tym, czego nie mógł mieć. Nie żeby to pomagało, bo Pamięć Zaklinacza∗, jego pamięć – ta wredna suka – dbała o to, aby miał co zabijać. Szczególnie przed Przesileniem. Szczególnie gdy, tak jak teraz, trawiła go gorączka.
Podszedł do drewnianej skrzyni stojącej obok łóżka i wyciągnął z niej swoje noże oraz mały pistolet. Schował je tutaj, bo nie sądził, aby były mu potrzebne. Teraz wolał je mieć przy sobie, choć sam racjonalnie nie potrafiłby wyjaśnić dlaczego. Potem uprzątnął lodówkę z resztek jedzenia, bez ceregieli wrzucił je do worka na śmieci, zawiązał go i wystawił za drzwi. Po raz ostatni rzucił okiem na mieszkanie, upewniwszy się, że wszystko jest tak, jak powinno, wyszedł i zamknął wszystkie zamki.
☾
W drodze do domu Sabatu Teo starał się nie myśleć o tym, co się działo z jego ciałem. Skoncentrował się wyłącznie na jeździe, którą mocno utrudniały oblodzone drogi. Po dziesięciu minutach minął rogatki Warszawy i z ulgą skręcił z wylotówki na żwirówkę prowadzącą przez las. Zanim dojechał na swój parking, na dworze zrobiło się już zupełnie jasno, a poranna mgła opadła.
Wokół panowała cisza. Rad, który zawsze odprawiał rytuały o świcie, najwyraźniej jeszcze nie wstał albo już gdzieś wyszedł. Ostatnie tygodnie spędzał prawie wyłącznie w swoim antykwariacie. Obsesyjnie podchodził do wszelkich nowych zbiorów, które trafiały w jego ręce. Czyścił je i czytał od deski do deski, jakby od tego zależało jego życie. Teo już dawno przestał wierzyć, że znajdą sposób na klątwę w starożytnych zbiorach. Łowca, którego poszukiwali od zarania dziejów, nadal pozostawał poza ich zasięgiem, a klątwa dopełniała się nieubłaganie.
I z każdą inkarnacją zbierając coraz większe żniwo. Dlatego w żaden sposób nie komentował książkowej obsesji brata, nawet jeśli kwestionował jej zasadność.
Zapalił światło w hallu i natychmiast odwrócił się w stronę schodów, skąd dobiegł go cichy szelest. Wbrew jego założeniom Rad nie tylko był w domu, ale też siedział po ciemku w welwetowym fotelu nieopodal schodów prowadzących na piętro. Wokół leżały porozkładane książki. Teo zdziwił się tą sytuacją o tyle, że w ciągu kilku ostatnich tygodni jego brat opuszczał swój gabinet lub sabatową bibliotekę w zasadzie jedynie po to, aby wyjść do pracy albo do kuchni po jedzenie.
– Przedprzesileniowa psychoza osiąga nowe poziomy?
Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku przy drzwiach. Rad wyglądał, jakby nie spał całą noc. Siedział nieruchomo i przyglądał się swoim dłoniom, a właściwie temu, co w nich trzymał. Księdze Stworzycieli. Czoło miał zmarszczone jak zawsze, gdy o czymś intensywnie rozmyślał. W końcu podniósł na niego wzrok.
– Dawno cię nie było. Zabawiałeś się gdzie popadnie, jak rozumiem?
– Nie twoja sprawa – mruknął Teo z niechęcią.
Nie zamierzał wdawać się z bratem w dyskusję o kobietach. Nigdy tego nie robili i nie widział powodu, żeby teraz zaczynać.
– Nie moja. Chyba że robisz coś tak ekstremalnie głupiego, jak przespanie się z Senją.
Teo poczuł, jak dopada go złość. Nie mógł się tylko zdecydować na co; czy na Senję, za to, że najwyraźniej nie umiała trzymać języka za zębami, czy na siebie za własną głupotę, czy na brata, że wpieprza nos w nie swoje sprawy. Otworzył usta, by wysłać go do diabła albo jeszcze dalej, ale się rozmyślił. Co by to zmieniło? Z przygody łóżkowej z Senją nie miało prawa wyjść nic dobrego. Czy chciał, czy nie, musiał przyznać bratu rację. A ostatnia rzecz, której teraz potrzebował, to mało konstruktywna i niczego niewnosząca kłótnia. Zwłaszcza że żaden z nich nie myślał do końca trzeźwo.
– Nie wyglądasz za dobrze – stwierdził sucho Rad.
– Mało spałem. – Teo wyciągnął telefon i otworzył aplikację ze zdjęciami, które zrobił martyrowi. – Spójrz.
Odwrócił wyświetlacz w stronę brata. Rad pochylił się nad nim, a po chwili na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie.
– Co on, u licha, tu robi?
– Nie wiem, ale wysłałem już zdjęcia Młodemu. Nie sądzę, żeby miał kłopot z lokalizacją tego faceta. Wkrótce się odezwie.
Minął brata i poszedł do kuchni, słysząc za swoimi plecami jego kroki. Musiał pozbyć się tych cholernych dreszczy. Musiał myśleć jasno. Otworzył szafkę, w której trzymali przygotowane przez Nikolinę lekarstwa, i przekładał małe buteleczki z lekami, dopóki nie znalazł właściwej. Reany. Odkręcił korek, ale Rad go powstrzymał.
– Reana nie pomoże ci na gorączkę. Potrzebujesz tego.
Podał mu inną buteleczkę, w kolorze leśnej zieleni. Tak dawno Teo nie potrzebował żadnych leków, że zapomniał, co jest na co. Rad miał rację. Reana działała na skaleczenia i uszkodzenia związane z krwią. Z infekcjami i gorączką najlepiej radziła sobie dareana. Otworzył butelkę, wylał sobie kilka kropel bezpośrednio na język i zaraz się skrzywił. Zdążył również zapomnieć, że Nikolina nigdy nie żałowała w swoich specyfikach berberysu.
Oparł się dłońmi o zlew i oddychał głęboko do czasu, kiedy dreszcze ustały. Na szczęście sabatowe leki działały błyskawicznie. Przetarł zmęczone oczy.
– Jak to, kurwa, jest w ogóle możliwe, że martyr jest aktywny? – warknął Rad.
Teo spojrzał na brata zdziwiony. Rzadko się wkurzał, a jeszcze rzadziej przeklinał.
– Nie wiadomo, czy jest aktywny – odpowiedział.
– Jasne. Żaden z nich nie wydaje się aktywny, dopóki nie wejdzie nam pod nóż. – Rad westchnął. – Jadę do Weli, mam mnóstwo towaru do rozłożenia przed otwarciem. Zadzwoń, jak Młody się odezwie.
Sięgnął po wiszącą na poręczy krzesła puchową kurtkę. Zanim wyszedł, na moment się odwrócił.
– Naprawdę staram się jej nie nienawidzić w taki dzień jak dzisiaj.
Teo patrzył bezwiednie na drzwi, które zamknęły się za bratem. Rozumiał go, na Welesa, rozumiał go bardzo dobrze. Nawet jeśli w tej inkarnacji piąta sabatowa wiedźma nie istniała, samo jej wspomnienie niosło za sobą szaleństwo. Większość Zaklinaczy, zarówno tych, którzy ciągle jeszcze żyli, jak i tych, którzy odeszli w nicość, myślała o niej tak samo. Mimo to on nie potrafił tak się czuć. Nie potrafił jej nienawidzić, nawet jeśli przynosiła ze sobą klątwę. Nawet jeśli za sto pięćdziesiąt lat po raz kolejny miał poczuć chłód noża Łowcy na swojej szyi. Nawet jeśli po raz kolejny miał stracić dla niej głowę, jak pozbawione rozumu zwierzę.
Przetarł dłońmi twarz. Musiał odpocząć. Sen przynosił reset, którego jego umysł i ciało desperacko potrzebowały. Nalał do szklanki wody i wypił ją duszkiem, a potem poszedł na górę do sypialni. Wyłączył telefon i po prostu opadł na łóżko z zamiarem przespania kolejnych kilku godzin.
∗ Przesilenie Światów – noc z 1 na 2 listopada; w powieści moment, gdy granica między światem żywych a umarłych jest najcieńsza.
∗ Pamięć Zaklinacza – w powieści zdolność Zaklinaczy Sabatu do zachowywania wspomnień z poprzednich wcieleń.
Ta strona używa plików cookies, aby działać poprawnie, analizować ruch oraz dopasowywać treści. Możesz zaakceptować wszystkie lub zarządzać ustawieniami. Twój wybór dotyczący cookies zapisuje się tylko na Twoim urządzeniu i możesz go zmienić w każdej chwili.